Spis Treści
Dlaczego ciągle wybierasz „niedostępnych”? Poznaj wzorzec z domu i przerwij to błędne koło
Czy zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego mimo szczerych chęci i wszystkich wcześniejszych lekcji, po raz kolejny wpadasz w pułapkę relacji z niedostępnym emocjonalnie mężczyzną? Czujesz dreszczyk emocji na myśl o kimś tajemniczym, nieprzewidywalnym, kto utrzymuje emocjonalny dystans. Obiecujesz sobie, że to już nigdy więcej, a jednak „serce nie sługa” i znów dajesz się wciągnąć w znajomy schemat. Jeśli ta frustrująca pętla powtarza się w Twoim życiu, wiedz, że nie jesteś w tym osamotniona. Wiele z nas, często nieświadomie, odtwarza wzorce wyniesione z dzieciństwa, które kształtują nasze dorosłe wybory miłosne. Przyjrzyjmy się ukrytym mechanizmom, które sprawiają, że tak łatwo lokujemy uczucia nie tam, gdzie trzeba, i co najważniejsze – jak to przerwać.
Emocjonalna pogoń, czyli dlaczego ciągle wybierasz „niedostępnych”
Zacznijmy od tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się paradoksalne: dlaczego osobnik, który sprawia, że czujesz się niepewnie i musisz o niego walczyć, bywa tak pociągający? Zainteresowanie kimś, kto wydaje się poza zasięgiem, wywołuje w nas dreszczyk emocji. Ta niepewność, podobnie jak w grze w kasynie, wyzwala w mózgu reakcje, które uzależniają. Nie wiesz, czy ci się uda, ale kiedy w końcu „otrzymasz nagrodę” w postaci jego uwagi, jesteś w siódmym niebie. Dlatego też emocjonalna niedostępność drugiej osoby nie zniechęca, a wręcz potęguje pragnienie zdobycia jej. To jest właśnie to „złudne poczucie bezpieczeństwa” – to, co znajome, nawet jeśli jest to znajome cierpienie, wydaje się mniej przerażające niż coś zupełnie nowego, nieznanego.
W psychologii to zjawisko często określa się mianem przymusu powtarzania. Jest to nieświadoma tendencja do odtwarzania znanych sobie schematów emocjonalnych, nawet jeśli są one źródłem bólu. To tak, jakby Twoja podświadomość uparcie trzymała się zasady: „nawet jeśli jest źle, to jest to zło, jakie znam”. Dlatego właśnie możemy podświadomie wybierać to, co wydaje się sprawdzone, zamiast tego, co naprawdę dla nas dobre i zdrowe. Miłość, która wiąże się z wysiłkiem, walką i niepewnością, staje się dla nas „normalnością”, bo to właśnie takiej miłości doświadczaliśmy wcześniej.
Stare schematy, nowe historie – wzorzec z domu
Często nieświadomie odtwarzamy wzorce wyniesione z dzieciństwa lub z poprzednich relacji, powielając zachowania, z którymi kiedyś już miałyśmy do czynienia. Nasza skłonność do wiązania się z krzywdzącymi partnerami często wynika z głęboko zakorzenionych schematów relacyjnych, które wynosimy z domu rodzinnego. Jeśli bliskość była kiedyś związana z dystansem, niepewnością czy walką o uwagę (na przykład o uwagę rodzica), to takie zachowania stają się dla nas „normalne”. W dorosłym życiu zaczynamy szukać podobnych schematów, bo inny rodzaj więzi wydaje się obcy, a przez to niekomfortowy. Niedostępność emocjonalna staje się wtedy znajoma, a jednocześnie paradoksalnie – bezpieczna.
Wyobraź sobie, że dorastałaś w domu, gdzie emocje były rzadko okazywane, a czułość zawsze szła w parze z pewnym dystansem. Albo że musiałaś ciągle walczyć o uwagę jednego z rodziców. To uczy, że na miłość trzeba sobie zasłużyć, że nie jest ona dana bezwarunkowo. Ktoś, kto był ciągle krytykowany lub odrzucany, może nieświadomie wiązać się z krytycznym, przemocowym partnerem, bo po prostu nauczył się, że na miłość trzeba zasłużyć i wycierpieć swoje. Schemat „miłość równa się cierpienie” bywa niestety przekazywany z pokolenia na pokolenie, stając się częścią rodzinnej historii. W wielu domach obecne są silne przekonania na temat związków, takie jak: „na miłość trzeba sobie zapracować”, „prawdziwa miłość wymaga poświęceń i bólu” czy „prędzej czy później kobieta i tak będzie nieszczęśliwa w małżeństwie”. Jeśli dorastamy przesiąknięci takimi poglądami, mogą się one stać samospełniającą przepowiednią – podświadomie dobieramy sobie partnera, który potwierdzi te negatywne, rodzinne schematy.
Lękowe przywiązanie i potrzeba udowodnienia swojej wartości
Jednym z istotnych czynników wpływających na wybór partnera i sposób funkcjonowania w związku jest styl przywiązania, ukształtowany w dzieciństwie. Osoby o tzw. lękowym (ambiwalentnym) stylu przywiązania boją się odrzucenia i rozpadu więzi. W praktyce przekłada się to na silną potrzebę bliskości i jednoczesny głęboki lęk, że ta bliskość zostanie im odebrana. Taka osoba bardzo pragnie miłości, ale żyje w ciągłym niepokoju, że zostanie opuszczona. Może to prowadzić do zachowań paradoksalnie zwiększających ryzyko cierpienia w związku: osoba lękowo przywiązana bywa zazdrosna, nadmiernie kontrolująca albo przeciwnie – podporządkowuje się partnerowi, rezygnując z własnych potrzeb ze strachu, że stawianie granic sprowokuje odejście ukochanej osoby.
Często mylimy miłość z potrzebą zasłużenia na nią. Jeśli spotkamy osobę zdystansowaną, czujemy potrzebę zdobycia jej i uwiedzenia. Takie zachowanie może wynikać z głębokiej potrzeby potwierdzenia własnej wartości – „Jeśli on mnie wybierze, znaczy, że jestem wyjątkowa”. Problem w tym, że im bardziej się starasz, tym mniej dostajesz. To błędne koło: im bardziej lękowo przywiązany partner zabiega i poświęca się, tym bardziej druga strona się oddala lub wykorzystuje sytuację, a im bardziej czuje się on zraniony i niepewny, tym desperacko mocniej stara się „zasłużyć na miłość”. Lęk przed samotnością bywa silniejszy niż świadomość własnego cierpienia. Korzenie tego dylematu tkwią właśnie w emocjonalnym programie z dzieciństwa – jeśli miłość kojarzyła się z niepewnością i walką o uwagę, to dorosły człowiek wciąż (często bezwiednie) odtwarza ten scenariusz.
Co więcej, powielanie znanego scenariusza bywa związane z fenomenem pewnej lojalności wobec rodziny pochodzenia. Jeżeli na przykład matka czy babcia były nieszczęśliwe w miłości, w głębi serca możemy (nie zdając sobie z tego sprawy) czuć, że my również „powinnyśmy” cierpieć, by niejako solidaryzować się z ich losem. Psychologia systemowa opisuje to zjawisko jako ukryte lojalności rodzinne – z miłości lub przywiązania do poprzednich pokoleń powtarzamy ich dramaty. Oczywiście nie dzieje się to na świadomym poziomie – nikt nie myśli wprost: „Zranię się w związku, żeby upodobnić się do mamy”. Jednak rodzinne schematy potrafią wywierać ogromny wpływ na nasze nieświadome wybory.
Warto wspomnieć także o wtórnych korzyściach, jakie czasem czerpiemy z bycia ofiarą w związku. Choć brzmi to paradoksalnie, nasza psychika potrafi znajdować zyski nawet w cierpieniu. Może to być na przykład współczucie i uwaga otoczenia („wszyscy widzą, jak bardzo się poświęcam”), poczucie bycia potrzebną („tylko ja potrafię z nim wytrzymać, tylko ja mogę mu pomóc”) albo uniknięcie konfrontacji z własnymi lękami (na przykład lękiem przed zmianą lub przed samotnością, która wydaje się gorsza niż trwanie w nawet złym związku). Takie ukryte gratyfikacje mogą nas trzymać w destrukcyjnej relacji dłużej, niż byśmy chcieli. Ważne jest uświadomienie sobie ich istnienia, bo dopiero wtedy możemy szukać zdrowszych sposobów zaspokojenia tych potrzeb.
Kiedy zauważasz, że to znowu to samo – momenty rozpoznania
Pierwszym krokiem do zmiany jest uświadomienie sobie, że powtarza się pewien mechanizm. Często dzieje się to dopiero po bolesnym rozstaniu albo w chwili kryzysu, gdy dochodzi do nas, że obecny związek dziwnie przypomina poprzedni – choć partner wydawał się na początku zupełnie inny. Takie momenty olśnienia bywają trudne, bo nagle dostrzegamy, że problem nie sprowadza się wyłącznie do „tych złych partnerów” – tkwi on także w nas samych. To jednak cenna chwila, bo oznacza, że odzyskujemy wpływ na własne życie.
Jak rozpoznać, że tkwisz w powtarzającym się schemacie? Pomocne bywa zrobienie szczerego bilansu swoich relacji: wypisanie cech ostatnich kilku partnerów i powodów rozstań. Czy pojawiają się podobieństwa? Na przykład: „wszyscy moi partnerzy mnie zdradzali”, „każdy z nich miał problem z nałogiem”, „przy każdym czułam się niewystarczająco dobra”. Jeśli dostrzegasz wspólny mianownik, to sygnał, że w grę wchodzi jakiś schemat.
Innym wskaźnikiem są powtarzające się Twoje własne emocje w związkach: ciągle odczuwany lęk, że zostaniesz porzucona; nawracające poczucie, że musisz sobie „zasłużyć na miłość”; wrażenie, że „znów chodzisz na palcach, żeby partner był zadowolony”. Te emocjonalne déjà vu to ważna wskazówka.
Czasem bliscy z zewnątrz zwracają nam uwagę: „Dlaczego wciąż wybierasz takich samych drani?”. Łatwo wtedy zareagować obronnie lub zaprzeczyć. Warto jednak wsłuchać się w te opinie (o ile pochodzą od życzliwych nam osób), bo mogą zawierać ziarno prawdy, które my wypieramy. Bywa, że dopiero ktoś z boku uświadamia nam, iż pewien wzór się powtarza.
Jak przerwać błędne koło – punkty decyzyjne i zmiana
Sama świadomość problemu to ważny krok, ale aby nastąpiła realna zmiana, potrzebne są konkretne działania. Co zatem może pomóc wyjść z kręgu krzywdzących relacji?
- Świadoma praca nad sobą, często z terapeutą. Skoro korzenie problemu tkwią głęboko w nas – w naszych lękach, schematach, doświadczeniach z dzieciństwa – warto rozważyć psychoterapię. Specjalista pomoże Ci w bezpiecznych warunkach przyjrzeć się przeszłości i połączyć jej wpływ z Twoimi obecnymi wyborami. W terapii schematu można nauczyć się rozpoznawać swoje „pułapki życiowe” i krok po kroku reagować na nie inaczej niż dotychczas. Z kolei terapia oparta na teorii przywiązania pomoże przepracować lęk przed bliskością i budować zdrowsze więzi. Wsparcie specjalisty bywa bezcenne w wychodzeniu z utrwalonych wzorców – daje wgląd w siebie i narzędzia do zmiany.
- Przerwij międzypokoleniowy łańcuch cierpienia. Jeśli odkrywasz, że kieruje Tobą nieświadoma lojalność wobec historii Twojej rodziny (na przykład powtarzasz los nieszczęśliwej matki czy babci), samo uświadomienie sobie tego to połowa sukcesu. Uznaj w sercu trudny los swoich bliskich, ale pozwól sobie żyć inaczej. Czasem pomocne jest symboliczne pożegnanie takiej lojalności – na przykład napisanie listu (którego nie musisz nikomu dawać) do przodka, którego cierpienie jakby „niosłaś” poprzez swoje własne wybory. Możesz w nim wyrazić szacunek dla jego doświadczeń, a jednocześnie zaznaczyć, że wybierasz swoją własną drogę i prawo do szczęścia. Masz prawo przerwać międzypokoleniowy łańcuch cierpienia.
- Buduj poczucie własnej wartości. Osoby tkwiące w toksycznych związkach często mają obniżone poczucie własnej wartości. W głębi duszy mogą wierzyć, że nie zasługują na nic lepszego albo że nikt inny ich nie pokocha. Takie przekonania warto zacząć kwestionować i stopniowo zmieniać. Dbaj o siebie – również fizycznie i emocjonalnie. Rozwijaj swoje pasje, pielęgnuj przyjaźnie, przypominaj sobie o swoich sukcesach i mocnych stronach. Im bardziej uwierzysz, że zasługujesz na dobrą, szanującą Cię miłość, tym mniej atrakcyjni będą dla Ciebie ludzie, którzy Cię ranią. Budowanie zdrowej pewności siebie jest jak zakładanie emocjonalnej zbroi – chroni przed wnikaniem w nasze życie osób, które tę pewność próbują podkopać.
- Naucz się być ze sobą i stawiać granice. Jeżeli lęk przed samotnością pcha Cię w ramiona pierwszej osoby, która okaże odrobinę zainteresowania – zatrzymaj się. Naucz się być ze sobą i czerpać z tego siłę. Stawiaj drobne granice na co dzień: wyrażaj swoje zdanie, nawet jeśli różni się od opinii partnera; komunikuj, gdy coś Cię boli, zamiast tłumić to w obawie, że partner odejdzie. To będą małe próby, które pokażą Ci w praktyce, że zdrowy partner nie odejdzie tylko dlatego, że masz własne potrzeby czy oczekiwania. A jeśli odejdzie – to znak, że nie był gotowy na dojrzałą relację. Lepiej dowiedzieć się tego wcześniej niż później. Pamiętaj, że masz prawo mówić „nie” i masz prawo stawiać warunki dotyczące swojego szacunku i bezpieczeństwa.
- Otwórz się na „innych” partnerów. Po okresie pracy nad sobą możesz inaczej podejść do budowania nowych relacji. Daj szansę osobom, które wcześniej wydawały Ci się „nudne” lub „zbyt dobre”. Często osoby przyzwyczajone do burzliwych relacji pełnych dramatów odrzucają partnerów spokojnych, serdecznych – bo brakuje im chaosu, do którego nawykły. Spróbuj przełamać tę tendencję. Zwracaj uwagę przede wszystkim na czyny potencjalnego partnera – na to, jak Cię traktuje na co dzień – zamiast ulegać magii słów czy obietnic. Ustal swoje „czerwone flagi” – sygnały ostrzegawcze (na przykład lekceważenie Twoich granic, skłonność do nałogów, brak empatii) – i obiecaj sobie, że jeśli je zauważysz, zatrzymasz się, zamiast brnąć dalej z nadzieją, że „jakoś to będzie”. Świadoma decyzja na wczesnym etapie znajomości może oszczędzić Ci miesięcy lub lat bólu.
- Szukaj wsparcia. Wychodzenie z toksycznych schematów bywa trudne, dlatego nie bój się szukać wsparcia. Może to być zaufany przyjaciel, grupa samopomocowa (na przykład dla osób współuzależnionych, jeśli Twój schemat dotyczy związków z osobami uzależnionymi) albo społeczność kobiet i mężczyzn pracujących nad samooceną i relacjami. Dzielenie się doświadczeniem i słuchanie historii innych daje poczucie, że nie jesteś w tym sama i że zmiana jest możliwa. Wsparcie emocjonalne sprawia, że czujemy się silniejsi w chwilach kryzysu, a te na drodze zmiany na pewno się pojawią.
Powtarzające się wybieranie partnerów, którzy ranią, to nie wyrok na całe życie, lecz sygnał, że w naszym wnętrzu znajdują się bolesne doświadczenia domagające się uwagi, przepracowania i ukojenia. Świadomość własnych mechanizmów – od stylu przywiązania, przez schematy wyniesione z domu, po ukryte korzyści z pozostawania w roli ofiary – daje nam szansę na wyrwanie się z utartych kolein. Ta zmiana nie dzieje się z dnia na dzień. Wymaga odwagi, by zajrzeć w głąb siebie, czasem zmierzyć się z dawnym bólem, a potem wytrwale ćwiczyć nowe sposoby myślenia i zachowania.
Nagrodą za tę pracę jest wolność od przymusu odtwarzania starych historii. To możliwość zbudowania relacji opartej na szacunku, zaufaniu i prawdziwej bliskości – takiej, na jaką zasługujesz. Choć droga do zdrowej miłości bywa trudna, warto nią podążyć. Każdy ma prawo wybrać partnera, który będzie wspierał, a nie ranił, a pierwszy krok do takiego wyboru zaczyna się od Ciebie.

Na co dzień ogarniam swoje życie jak większość ludzi: praca, zmęczenie, emocje, relacje. Na blogu zapisuję to, co pomaga mi lepiej dogadywać się z innymi i ze sobą.

